Chińczycy potrzebują Kościoła
Z o. prof. Romanem Malkiem, sinologiem, rozmawia
Krzysztof Ogiolda.
|
|
O. prof. Roman Malek, polski werbista, od 30 lat
zajmuje się kulturą chińską. Jest dyrektorem Międzynarodowego
Instytutu Sinologicznego w Sankt Augustin koło Bonn. W Opolu
uczestniczył w konferencji naukowej "Chrystologia chińska”, która
odbyła się w środę na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Opolskiego.
- Dlaczego w Chinach wykonuje się najwięcej wyroków śmierci na
świecie?
- Bo to jest kraj niechrześcijański. Nie tylko w tym sensie, że
chrześcijaństwo nie jest tam religią główną, ale też w tym
znaczeniu, że jego podstawy ideowe nigdy nie bazowały na wartościach
chrześcijańskich, w tym na godności człowieka. Człowiek stworzony na
obraz i podobieństwo Boże ma prawa i godność. My w Europie często
nie pamiętamy już o tym, że chrześcijaństwo jest nie tylko religią,
ale daje też podłoże dla teorii politycznych i obowiązujących u nas
praw społecznych. Europejski system demokratyczny powstał na bazie
chrześcijaństwa. W Chinach takiej bazy nie ma. Chińczyków wyroki
śmierci nie dziwią, bo wykonywano je zawsze i to nawet mniej
humanitarnie niż dziś. W Chinach od wieków człowiek nie miał
pozytywnych praw, praw do czegoś. Funkcjonowało tylko prawo karne.
- Czy chrześcijaństwo może się bardziej masowo przyjąć w Państwie
Środka?
- Ludzie w Chinach zaczynają dostrzegać wartość chrześcijaństwa.
Szczególnie młodzi intelektualiści w miastach widzą coraz częściej,
że dla przyszłego rozwoju Chin stanowi ono wielką szansę. Nie jako
Kościół, ale jako system światopoglądowy, etyczny. Coraz częściej
słyszy się, że tylko chrześcijaństwo może odpowiedzieć na problemy
współczesnych Chińczyków. Wiele wartości chrześcijańskich przenika
dziś do Chin nie w formie kościelnej, tylko świeckiej. To są
wartości demokratyczne.
- Dzięki nim większa liczba Chińczyków trafi do Kościoła?
- Myślę, że nie. Tam rozwija się dziś tzw. chrześcijaństwo
kulturowe. Coraz częściej młodzi Chińczycy są chrześcijanami z
poglądów, ale nie z chrztu. Choć obserwujemy też wzrost
zainteresowania przyjmowaniem chrztu w chińskich miastach. To jest
nowość, bo siłą chrześcijaństwa była tu tradycyjnie wieś.
- Z czego wynika to zainteresowanie?
- W Chinach powstała swego rodzaju ideowa próżnia. Komuniści
niszczyli tradycyjną kulturę chińską i w jej miejsce wprowadzali
ideę komunistyczną. Anarchia rewolucji kulturalnej zniszczyła także
to, co komuniści zbudowali. Do tego doszła szalona modernizacja
Chin...
- ... możemy im zazdrościć?
- Nie bardzo. W wyniku gwałtownej urbanizacji ta próżnia ideowa
jeszcze się powiększa, a pytania o sens życia, o przyczyny zła
pozostają. W dodatku na wierzch wyszły społeczne kontrasty. Dziś w
Chinach mamy najwięcej miliarderów na świecie, ale też wielkie masy
bardzo biednych ludzi. Samych bezrobotnych - w Chinach nazywa się
ich elegancko szukającymi pracy - jest 220 milionów.
- Na ile chrześcijaństwo radzi sobie z problemami chińskiego
rozwoju?
- Jako Kościoły - nie radzi sobie. Te wspólnoty religijne są jak na
skalę chińską zbyt małe i nieprzygotowane do tej konfrontacji.
Powtórzę: chrześcijaństwo coraz częściej jest postrzegane przez
ludzi myślących jako podstawa etyczna przyszłego społeczeństwa
chińskiego. W sensie światopoglądowym chrześcijaństwo w Chinach
będzie się rozwijać, a w sensie kościelnym pozostanie tym, czym jest
dziś, czyli mniejszością, a nawet marginesem.
- Czy katolicyzm może być pomostem, który wprowadzi Chiny do
rodziny krajów demokratycznych?
- Zdecydowanie tak. Poza tym jest szansą na to, że społeczeństwo
chińskie się nie zdegeneruje. Bo sama konsumpcja nie wystarcza.
Dlatego mamy tam mnóstwo samobójstw, szczególnie wśród młodych
ludzi.
- Kiedy Chiny staną się krajem demokratycznym?
- Nie wiem, czy kiedykolwiek nim będą. Trzeba najpierw pytać, kiedy
komunizm w Chinach upadnie. To chyba stanie się niedługo. Bo on w
pewnym sensie już upadł. Partia wprawdzie rządzi, ale nie
komunizmem, tylko rozwojem brutalnego, prymitywnego kapitalizmu.
Skoro zamyka się szpitale i szkoły z powodu braku pieniędzy, to nie
jest to komunizm. Mao obiecywał każdemu Chińczykowi dostęp do
szkoły, służby zdrowia i miski ryżu. Tego partia komunistyczna w
Chinach dziś nie zapewnia. Ale od wypaczenia komunizmu jeszcze
daleko do demokracji.
- Wróćmy do Kościoła. Co różni Kościół oficjalny od podziemnego?
- Od początku Chińskiej Republiki Ludowej był jeden Kościół
katolicki podzielony na dwie grupy - oficjalną i podziemną - i ten
podział trwa do dziś. Ale grupy te nie różnią się co do wiary.
Kiedyś różniło je to, że biskupi wybierani w grupie uznawanej przez
władzę nie byli aprobowani przez Rzym. Sytuacja się zmieniła, kiedy
Jan Paweł II zaczął tych "nielegalnych” biskupów uznawać. Dziś żadne
święcenia biskupie w Chinach nie odbywają się bez aprobaty papieża.
Państwo chińskie akceptuje to, że biskupi proszą papieża o
zatwierdzenie ich wyboru. A Stolica Apostolska godzi się, że biskupi
są wybierani przy udziale Stowarzyszenia Patriotycznego, czyli
organizacji politycznej. Trzeba powiedzieć, że Kościół podziemny był
z punktu widzenia prawa nielegalny, ale nie był katakumbowy.
Nabożeństwa czy procesje miały tam charakter masowy.
- Czy Kościół w Chinach jest prześladowany?
- Był, ale dziś nie jest. Nawet w porównaniu do tego, co było 15 lat
temu, położenie Kościoła się poprawiło, bo w ogóle sytuacja w
Chinach się polepszyła. Prześladowania Kościoła zaczęły się w 1949
roku. W ciągu 6 lat wypędzono wszystkich misjonarzy, a było ich
około 3-4 tysięcy. Została garstka chińskich księży i sióstr. Część
wiernych poszła na współpracę z komunistami, trochę na podobieństwo
naszego PAX-u. Inni odmówili współpracy i poszli w nielegalność.
Brutalnie z Kościołem, podobnie jak z wszystkimi religiami,
rozprawiono się dopiero podczas rewolucji kulturalnej, czyli od 1966
roku przez kolejne 10 lat. Trzeba uczciwie powiedzieć, że jeszcze
ostrzej prześladowano buddystów czy mahometan. Niszczono wszystko,
co ma związek ze starą kulturą. Księży i świeckich zamykano w
obozach i zabijano. Ale ten los spotykał wszystkich
intelektualistów, nawet partyjnych. Na nowo Kościół w Chinach zaczął
istnieć dopiero od 1982 roku.
- Jak to się stało, że w momencie powstania ChRL było 3,5 mln
katolików w Chinach, a dziś jest ich 15 mln?
- To jest chiński fenomen. Wiara zawsze była tam osadzona w
rodzinie.
- To, co kuleje w Europie, kwitnie w Chinach?
- W Europie mamy księży, siostry zakonne, struktury kościelne. W
Chinach Kościół bazował zawsze nie na duchownych, ale na rodzinach
oraz na świeckich mężczyznach i niezamężnych kobietach, którzy byli
krzewicielami wiary na swoim terenie. Ich rola była bardzo wielka
szczególnie w okresie komunistycznym. Chrzty do 18. roku życia były
zabronione. Zatem chrzest, Pierwsza Komunia i inne wydarzenia
religijne odbywały się w domach.
- A jak dziś wygląda ich wolność religijna?
- Wolności religijnej w tym sensie, w jakim my ją rozumiemy, Chiny
nie miały nigdy, także przed okresem komunistycznym. Wszystko co
obce - chrześcijaństwo, buddyzm, islam - było dla Chińczyków zawsze
podejrzane. Dlatego nawet jeśli kiedyś w Chinach upadnie komunizm,
nie należy sobie robić nadziei na większą wolność religijną. Ale -
powtarzam - otwarte prześladowania ustały.
- Czy misjonarze z Europy wrócą do Chin?
- Nie wiem, czy to jest potrzebne. Księży w Chinach nie brakuje. W
ciągu 20 lat powstało 26 seminariów duchownych. Odbudowano ponad 5
tys. kościołów. Restauracja Kościoła była bardzo dynamiczna. Zrobili
to starsi ludzie, którzy wcześniej bardzo się za wiarę wycierpieli.
Krzysztof Ogiolda
NTO, 29. kwietnia 2006
Matka Boska Cesarzowa Chin
Katedra Teologii Dogmatycznej WTUO oraz Katedra
Dialogu Międzyreligijnego Instytutu Ekumenizmu i Badań nad Integracją zapraszają
na międzynarodowe sympozjum poświęcone CHRYSTOLOGII CHIŃSKIEJ, 26 kwietnia
(środa) 2006 w Auli Seminarium Duchownego w Opolu, ul. Drzymały 1a. Wśród
prelegentów wystąpią: ks. prof. dr hab. Roman Malek SVD, O. Krzysztof Popławski
OP, ks. dr Dariusz Klejnowski-Różycki, o. dr Jan Konior SJ, o. dr Tomasz Szyszka
Chiński kontekst kulturowy wpływa bardzo mocno na oblicze chrześcijaństwa. Z
jednej strony chrześcijaństwo na gruncie chińskim jest konfrontowane z całym
dorobkiem kultury, filozofii, kosmologii wypracowywanej przez tysiące lat, mocno
zakorzenionych w mentalności Chińczyków, co powoduje wiele trudności. Trudności
te są na pograniczu dialogu międzyreligijnego, a raczej międzykulturowego. Z
drugiej strony nowy język oddający tajemnicę człowieka i świata tworzy też
szansę nowych przestrzeni ekspresji orędzia chrześcijańskiego. W zderzeniu z
mentalnością europejską jednak będą się pojawiały wątpliwości, czy
chrześcijaństwo chińskie, wchłaniające pojęcia wyrosłe w kulturze bardzo różnej
od kultury semicko-biblijno-śródziemnomorskiej, jest tym samym chrześcijaństwem,
przekazującym to samo orędzie Ewangelii i prawdy o Jezusie Chrystusie, co
chrześcijaństwo rzymskie? Czy Chrystus z chińskimi rysami twarzy jest tym samym
Chrystusem, w którego wierzą Europejczycy?
Główną trudność, z jaką boryka się ewangelizacja w Chinach, sformułował Benoît Vermander, jezuita, wieloletni dyrektor Instytutu Ricci w Taipei: "Skoro Chrystus nie urodził się jako Chińczyk, skoro jego rodowód jak i pochodzenie duchowe są tak obce historii i kulturze Chin, to dlaczego Chińczycy mieliby w Niego wierzyć? Czyż nie mają oni swej własnej tradycji dróg prowadzących do szczęścia i zbawienia?" Pomimo wielu misyjnych prób, wysiłków, działań, Chrystus dla Chińczyków jest obcy.